Zastanawiałam się ostatnimi czasy jak mogłabym podkreślić to nasze wątpliwe „święto”, o czym napisać. I natchnęło mnie po ostatniej wizycie u diabetologa.

Czy nie macie czasami uczucia, że otoczenie traktuje nas – chorych na cukrzycę – jak całkiem zdrowych LUDZI? W sumie jeśli przyjrzymy się, to zgodnie z prawdą: diabetyk nie gorączkuje, nie kaszle, nie kicha, nie bierze chemii, więc i nie „wychodzą” mu włosy, nie jest uczulony, może „wszystko” jeść, nie ma wysypki i nie dusi się jak astmatyk… więc jakby tak uogólnić to jest on całkiem zdrowy.

Przecież mamy insulinę…możemy więc jeść wszystko, tylko musimy odpowiednio przeliczyć wymienniki węglowodanowe i będzie cud malina.

Ale w tej chorobie nie chodzi jedynie o insulinę, glikemię. Ona dotyka całokształtu życia. Nas chorych, naszych rodzin, otoczenia w którym na co dzień funkcjonujemy, ewentualnych podjętych działań, planów i marzeń.

Monotonia życia, kilkukrotne pomiary glikemii, przeliczanie węglowodanów, podawanie insuliny, ważenie posiłków, czytanie etykietek na opakowaniach… Dla kogoś, kto czyni to w sposób permanentny może wpływać deprymująco. Szczególnie, gdy   na horyzoncie nie widać upragnionego lądu o nazwie „antidotum na cukrzycę”.

Czasami dopada mnie niechęć do tych dni, w których muszę ciągle coś „mierzyć”. Tak bardzo chciałabym nie musieć zastanawiać się nad tym co właśnie „gryzę”, a dokładniej rzecz ujmując za ile WW, pójść spontanicznie na lody, nie zastanawiając się czy mam przy sobie insulinę.

Najbardziej dołujący jest fakt tego, że nawet jeśli zostaje wprowadzony na rynek „gadżet”, który może ułatwić moje życie, to posiada tak zaporową cenę, że pozostaje póki co w sferze moich marzeń…

Każdy dzień, podjęte plany muszę dostosowywać do cukrzycy. Robiąc listę niezbędnych rzeczy na wyjazd zawsze zaczynam od: glukometru, insuliny, dodatkowych pasków. Już dawno zapomniałam jak wygląda torebka w której mieści się jedynie chusteczka i pomadka 🙂

Trening, dłuższe wybieganie, jogę muszę planować z góry, odnosząc się do poziomów glikemii. Zastanawiając się nad tym co jem, jak jem i ile jem.

Przychodzą czasami takie dni, że mam powyższego serdecznie dosyć. Zamykam się w sobie i myślę czy kiedyś znajdą na „to” jakieś rozwiązanie?! A może już znaleźli, lecz nie chcą się ze zwykłymi zjadaczami chleba podzielić, by móc doić z nas wciąż kasę… Chyba zaczynam wierzyć w istnienie grupy trzymającej władzę, ogólną zmowę milczenia.

A tfu tfu… na psa urok.

Nie dalej jak 2 tygodnie temu, miałam sposobność uczestniczyć w lokalnej akcji porad diabetologicznych. Siedziałam cichutko w kąciku mierząc poziomy glikemii chętnym, którzy chcieli sprawdzić, zapytać lub rozwiać wątpliwości. Lekarz gościł pacjentów w różnych przedziałach wiekowych. Na wielu twarzach malowała się bezradność, niezrozumienie tematu lub nawet załamanie nerwowe. Otworzyły mi się oczy na fakt jak wiele ludzi nie potrafi lub nie chce ogarnąć swojej choroby. Problem ten często ich przerasta, bo nie mają odwagi zapytać diabetologa o to czego nie rozumieją. Lekarz tak przepisał więc bezkrytycznie stosują się lub i nie.

Samodzielność w cukrzycy jest następnym problemem, z którym musimy się zmierzyć. Świadomość i wiedza.

Czego mogłabym nam Słodziakom życzyć w ten dzień…

Siły, determinacji w leczeniu i abyśmy kiedyś, włączając TV, otwierając prasę z samego rana usłyszeli, przeczytali, że wynaleziono lek na cukrzycę, lek na który będzie nas stać…

Wszystkiego słodkiego 14.10.

 

 

 

Reklamy