Kiedy 2 lata temu zobaczyłam przepiękny szklany medal, wiszący niczym bursztynek wśród innych medali  w pokoju Anny W. postanowiłam, że ja też taki zdobędę…

Wtedy wydawało mi się to trudne do osiągnięcia, wręcz niemożliwe…

22.07.2017 przeżyłam następną przygodę biegowego życia. Start 11:15 – moja godzina B. Czy można nazwać ten półmaraton biegiem górskim tego nie wiem. Ale jeśli ustalimy, że odbywał się w Szklarskiej Porębie, różnica poziomów między startem a najwyższym punktem naszego biegu wynosiła 320m to dla podniesienia swojej samooceny przyjmę, iż właśnie tego sobotniego dnia o godzinie 11:15 wystartowałam w moim pierwszym biegu górskim – WIELKIEJ PĘTLI IZERSKIEJ.Bez tytułu

Tym razem przed startem spożyłam 1 banana, libra pokazała poziom cukru 271 md/dL, a cukier niesfornie odmawiał spadania w dół. Zjadłam więc banana podałam redukcję insulinową i stanęłam na starcie. Aha! Jeszcze uzbroiłam się w 3 żele energetyczne dextro energy (po ostatnim półmaratonie we Wrocławiu stwierdziłam, że  służą mi najlepiej). Szybko się wchłaniają, w smaku nie przypominają mordoklejek i mają praktyczną zakrętkę.

Strach i przejęcie jak zwykle było przeogromne. Tym razem jednak na  trasie półmaratonu wystartowałam bez mojego męża, który zawsze gdzieś tam obok mnie biegł i wspierał żelem, glukometrem lub pytaniem typu „i jak tam miśka”. Ale nie oznacza to w żadnym wypadku, że byłam sama, towarzyszyła mi jak zawsze moja najwierniejsza kompanka, m.im. dzięki której zaczęłam biegać, niejaka Anna W. vel WIŚNIA.

Nie da się ukryć, że trasa była ciężka i wymagająca. Na 3 kilometrze zmierzyłam się ze stromym podbiegiem. Poczułam lekką niemoc w nogach i płucach, uświadamiając sobie braki kondycyjne. Myślę, że podbieg w tamtym momencie niejednemu dał próbkę czego możemy spodziewać się nas na trasie. Ale jak mawiają „strach ma wielkie oczy”… Tak stromych podbiegów później nie było ale trasa pięła się tylko w górę do 14 kilometra . No ale przecież, jak mawia moja WIŚNIA, „jak jest górka to musi być i z górki”. I tak też było. Po trzecim wodopoju droga się wyrównała a od 17 kilometra uznałam, że ten etap półmaratonu musi być zdecydowanie pod patronatem Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego pod tytułem „z górki na zębulki”.

Ale wracając do cukierkowej części moich zmagań:

Podejrzewam że w związku ze stresem jaki towarzyszył mi od samego rana poziomy cukru były niebezpiecznie wysokie. Biłam się sama z myślami, czy podać redukcję czy też nie. A może spadnie do bezpiecznego poziomu „samemu” poprzez ruch i rozgrzewkę. Ale nie udało się, dlatego na 30 minut przed startem zjadłam banana i podałam redukcję do 289 mg/dL. o godz 11:00 libra pokazała 271 mg/dL z tendencją lekko spadkową.

Po ok. 40 min biegu poziom glikemii był już tylko dobry. 167, 158, a na mecie 158 mg/dL. W trakcie całej trasy 2 razy wspomogłam się dwoma żelami dextro energy.

libra

Reasumując.

Trzeba bardzo głęboko pokłonić się z wdzięcznością w stronę organizatorów i wolontariuszy. Wydawali pakiety, odpowiadając po raz tysięczny na te same pytania: gdzie, kiedy, czy…, zabezpieczali trasę, tak by nikt nie zboczył myląc ścieżki, niestrudzenie podawali kubeczki z wodą, dopingując tych na szarym końcu (coś o tym wiem).

Wielka Pętla Izerska, to na prawdę ciekawy bieg. Trudny i zaskakujący szczególnie dla tych, którzy w nogach mają tylko kilometry po płaskim terenie. Jednak cały trud rekompensują piękne widoki Gór Izerskich ze lśniącymi szczytami jak diamenty w królewskiej koronie.

Co prawda tym razem organizator nie przewidział szklanego medalu – ale i tak mojego bym już za żaden inny nie zamieniła.

Reklamy